"Wyrok śmierci". Konrad Piasecki w szokującym wyznaniu. Taką dostał informację
Konrad Piasecki, jeden z doświadczonych dziennikarzy polskich mediów, przez lata pracy zawodowej zetknął się z różnymi formami presji i niechęci. W pewnym momencie sytuacja stała się jednak naprawdę poważna.
Konrad Piasecki od lat należy do grona najbardziej rozpoznawalnych polskich dziennikarzy. Choć jego kariera przyniosła mu popularność i prestiżowe nagrody, praca w mediach ma również swoją mniej przyjemną stronę. Dziennikarz nie ukrywa, że zawodowa rozpoznawalność wiąże się z pewnymi kosztami. W jego przypadku szczególnie mocno odbija się to na życiu prywatnym.
Kariera Konrada Piaseckiego
Konrad Piasecki od lat należy do grona dziennikarzy, których trudno nie kojarzyć z polskimi mediami. Zaczynał w Radiu Kolor, w latach 90. związał się z RMF, a później pojawiał się także w Polsacie i TVP. Od 2008 roku pracuje w TVN24, gdzie prowadzi „Rozmowę Piaseckiego” i „Kawę na ławę”. Za swoją pracę otrzymał także Grand Press dla dziennikarza roku 2015.
Przez lata pracy w mediach zdążył przyzwyczaić się do ostrych reakcji na swoją działalność. Krytyka i nieprzychylne komentarze są częścią pracy osób publicznych, szczególnie dziennikarzy zajmujących się polityką. W przypadku Piaseckiego nie skończyło się jednak wyłącznie na słowach publikowanych pod jego materiałami. Tym razem sprawa miała formę tradycyjnego, anonimowego listu.
Zobacz także: Ulubieniec Polaków przekazał dramatyczne wieści. Choroba zaatakowała, wszystko pilnie odwołane

Piasecki opisał, jak zareagował
W rozmowie z Plejadą dziennikarz wrócił do sytuacji sprzed lat, gdy otrzymał anonimowy list napisany na maszynie. Nie był to zwykły obraźliwy list. Piasecki opisał go jako wiadomość z „wyrokiem śmierci”. Z jego relacji wynika, że przesyłka dotarła chwilę po jego rozmowie dotyczącej Jedwabnego. Sam nie był pewien, czy groźba miała bezpośredni związek z dyskusją wokół książki Jana Tomasza Grossa, ale pamiętał, że sprawa dotyczyła również wątku żydowskiego.
Kiedyś dostałem anonimowy list napisany na maszynie z wyrokiem śmierci. To wydarzyło się chwilę po mojej rozmowie na temat Jedwabnego. Może chodziło o dyskusję wokół książki Grossa? Na pewno był tam wątek żydowski. Każde poruszenie tego tematu w przestrzeni publicznej wówczas mocno rezonowało - mówił w rozmowie z Plejadą.
W tamtym czasie publiczne poruszanie tego tematu wywoływało mocne reakcje. Piasecki nie opisywał jednak tej historii jako wydarzenia, po którym musiał zmienić swoją pracę czy sposób działania.
Specjalnie się jednak tym nie przejąłem i nigdzie tego nie zgłosiłem. Wydało mi się to niegroźne. Co nie znaczy, że dzisiaj zachowałbym się tak samo - podkreślił.
Zobacz także: Michał Wiśniewski podsumował związek z Mandaryną. Padły przykre słowa
Piasecki nadal prowadzi programy TVN24
Reakcja dziennikarza może dziś zaskakiwać. Piasecki przyznał, że nie przejął się specjalnie otrzymanym listem. Nie zgłosił go również nigdzie, ponieważ uznał, że wiadomość nie wyglądała na realne zagrożenie. Taką decyzję podjął wtedy, bez dodatkowych działań po swojej stronie.
W jego relacji nie pojawiają się informacje o dalszym ciągu tej konkretnej sprawy ani o kolejnych podobnych przesyłkach. Wiadomo natomiast, że sam po latach inaczej ocenia swoją ówczesną reakcję. Piasecki zaznaczył w rozmowie, że dzisiaj nie zachowałby się tak samo. Nie rozwinął jednak, jakie konkretnie kroki podjąłby obecnie. Nie podał też szczegółów dotyczących autora listu.
