"Byłam w najgorszym stadium". Maja Rutkowski zmagała się ze śmiertelną chorobą. Nikt o tym nie wiedział
Maja Rutkowski pierwszy raz opowiedziała o chorobie, która niemal doprowadziła ją do utraty życia. Mówiła o najgorszym stadium. Wyznała, kto uratował ją od najgorszego.
Maja Rutkowski wyznała prawdę o wadze
Maja Rutkowski nie owijała w bawełnę – w jednym z ostatnich odcinków przyznała, że jeszcze dwa lata temu ważyła 100 kilogramów. To nie był efekt „braku kontroli”, jak lubią komentować internetowi eksperci, ale konsekwencja leczenia hormonalnego, które miało pomóc jej zajść w ciążę. Terapia nie przyniosła oczekiwanego efektu, a sama celebrytka jasno zaznaczyła, że temat wiąże się dla niej z osobistą stratą i doświadczeniami, o których nie mówi się łatwo.
W 2022 r. ważyłam około 60 kg. Rok później — prawie 100. Hormony, emocje, stres i cicha walka o marzenia potrafią zmienić więcej, niż ktokolwiek z zewnątrz jest w stanie zrozumieć. A ludzie? Czasem oceniają, nie znając historii. Piszą słowa, które bolą. Nie wiedząc, że za uśmiechem często kryje się czyjaś bardzo cicha, bardzo osobista walka.— napisała poście na Instagramie.
Dziś liczby wyglądają inaczej. W najnowszych relacjach Rutkowski podała, że aktualnie waży 73 kilogramy, choć jeszcze w styczniu było to 69 kg. Pokazała konkret – nagranie z wagi i zdjęcie sylwetki w lustrze. Bez filtrów, bez niedomówień. To ważne, bo w świecie, gdzie transformacje często są wygładzone i podrasowane, taki komunikat działa bardziej niż tysiąc motywacyjnych cytatów.
Nie jest tajemnicą, że temat wagi przewija się u niej od dawna. Tym razem jednak nie chodzi o kolejną dietę cud, tylko o coś znacznie bardziej złożonego. Zmiana masy ciała to w jej przypadku efekt wielu czynników – zdrowotnych, emocjonalnych i życiowych. I choć liczby przyciągają uwagę, to właśnie kontekst robi największą różnicę. Bez niego łatwo sprowadzić wszystko do prostego „schudła – wygrała”, a to historia zdecydowanie bardziej skomplikowana.

Rutkowski ujawniła prawdę o walce ze straszną chorobą
W podcaście „Grube Historie” Rutkowski poszła o krok dalej i opowiedziała o czymś, co przez lata pozostawało poza kadrem. Bulimia – zaburzenie odżywiania, które zaczęło się jeszcze na początku jej związku z Krzysztofem Rutkowskim. Mechanizm był klasyczny: długie okresy głodzenia, a potem epizody pochłaniania ogromnych ilości jedzenia i ich zwracania. Cykl, który trudno przerwać bez pomocy.
Kiedy poznałam Krzysztofa miałam włąśnie bulimię, no to oczywiście nie jadłam do 19, do 20 no i się najem. Koleżanka jadła pizzę to coś do tej pizzy już kompletnie- ja potrafiłam iśc zwymiotować sok wyciskany z pomarańczy już do tego stopnia. - mówiła
Nie chodziło tylko o zdrowie. Celebrytka zwróciła uwagę na coś rzadko poruszanego – koszty finansowe choroby. Ilości jedzenia, które kupowała i konsumowała w napadach, generowały realne wydatki. Do tego dochodziła konieczność ukrywania wszystkiego przed rodziną. Bliscy wiedzieli, że coś jest nie tak, ale skala problemu przez długi czas pozostawała niewidoczna.
No i pamiętam, nigdzie o tym nie mówiłam, że jak już byłam w takim stadium, że do pierwszej, do drugiej w nocy jadłam i to kupę pieniędzy kosztowało, bo to takie ilości się je, szłam zwymiotować- za pół godziny znowu byłam głodna. Już w takim stadium moim najgorszym, wieczorami wracałam z pokazów to robiłam to 3, 4 razy- kiedy już mi krew z buzi leciała i z nosa, leżałam pod toaletą, to powiedziałam ‘Dziewczyno, po prostu się wykończysz.’- mówiła opisując, jak choroba wpływała na jej zdrowie i finanse
To pokazuje jedną rzecz: zaburzenia odżywiania nie zawsze wyglądają tak, jak stereotypowo się je przedstawia. To nie tylko obraz skrajnej szczupłości. To także codzienna walka, która dzieje się po cichu – w domu, w pracy, w relacjach. Rutkowski mówi o tym wprost, bez upiększeń i bez budowania narracji „po wszystkim”. I właśnie dlatego jej historia wybrzmiewa mocniej niż kolejny idealny kadr z Instagrama.
Jeździłam do moich rodziców i żeby nie słyszeli, wychodziłam na działkę obok, wymiotowałam w torebki i zakopywałam, bo wszyscy po prostu stali pod drzwiami w łazience no i właśnie, żeby tych dźwięków nie było słychać, a gdzie tam obiad u mamy taki dobry, no ale jak ja mogę zjeść ziemniaki z jakimś mielonym? - kontynuowała
Pandemia zwiększyła skalę zaburzeń
To, o czym mówi Rutkowski, wpisuje się w szerszy kontekst. Pandemia COVID-19 zostawiła po sobie coś więcej niż statystyki zakażeń. Lekarze i badacze odnotowali wyraźny wzrost liczby przypadków zaburzeń odżywiania, szczególnie wśród młodych osób. Do szpitali trafiało więcej pacjentów z objawami anoreksji, bulimii czy napadowego objadania się. Problem przestał być niszowy.
Powody? Izolacja, brak kontaktu z rówieśnikami, napięcie w domu i presja wyglądu podkręcana przez internet. To mieszanka, która potrafi rozregulować nie tylko relację z jedzeniem, ale też z samym sobą. Wbrew pozorom nie chodzi wyłącznie o dietę. Zmiana kalorii nie leczy emocji – a to one często są punktem wyjścia.
Najważniejsze jest jedno: to są poważne choroby, które mogą prowadzić do śmierci. Nie „fanaberia”, nie „etap”, nie „chwilowy kryzys”. Dlatego kluczowa jest szybka reakcja – w domu, w szkole, u specjalisty. Bez ocen, bez wyśmiewania. Osoby zmagające się z zaburzeniami i tak mierzą się z ogromnym wstydem. Każde przemilczenie tylko wydłuża drogę do pomocy, a w tym przypadku czas naprawdę ma znaczenie.