Mało kto wie, jakie piekło przeszła Bonnie Tyler. W jednej chwili utraciła najważniejszą osobę
Choć świat znał ją jako nieustraszoną wulkaniczną energię na scenie, poza blaskiem jupiterów jej codzienność kryła ciche dramaty i tęsknoty, o których rzadko mówi się głośno przy dźwiękach wielkich hitów. Nagłe odejście legendarnej wokalistki w portugalskim szpitalu w Faro wywołało falę głębokiego smutku, ale też skłoniło do refleksji nad jej niezwykłym, prywatnym życiem. Życiem, w którym wielka miłość przeplatała się z bolesną stratą, a niespełnione marzenia zyskały zupełnie inne, rodzinne oblicze.
Nagła śmierć artystki
Bonnie Tyler, czyli Gaynor Hopkins, odeszła w wieku 75 lat po dramatycznej walce na oddziale intensywnej terapii, wywołanej nagłym pęknięciem jelita. Przez ponad pół wieku jej największą opoką był mąż, Robert Sullivan, były sportowiec i przedsiębiorca. W kapryśnym świecie show-biznesu ich trwające od 1972 roku małżeństwo uchodziło za prawdziwy ewenement i wzór lojalności.
Nawet gdy brytyjska prasa brukowa próbowała wywołać potężny skandal obyczajowy, publikując rewelacje rzekomej kochanki Roberta, para przetrwała tę medialną burzę z podniesioną głową, udowadniając, że ich wzajemne zaufanie jest całkowicie odporne na najgorsze plotki.
Cios w samo serce
Największy i najbardziej bolesny cień na ich wspólnym życiu położył jednak brak upragnionego potomstwa. Początkowo zakochani odkładali rodzicielstwo na boczny tor, ulegając oszałamiającemu tempu międzynarodowej kariery wokalistki. Kiedy wreszcie poczuli, że nadszedł właściwy moment, natura zaczęła stawiać wyjątkowo twarde warunki.
W 1990 roku, gdy artystka miała już blisko 40 lat, los przyniósł upragnioną ciążę. Niestety, w trzecim miesiącu radosne oczekiwanie zamieniło się w koszmar – nagłe poronienie złamało serce gwiazdy, stając się jednym z najbardziej traumatycznych doświadczeń w jej całym życiu. Kolejne starania okazały się bezskuteczne, a marzenie o własnym dziecku bezpowrotnie legło w gruzach.
Dom pełen dziecięcego śmiechu
Nie oznacza to jednak, że prywatny świat walijskiej ikony rocka był zimny, pusty czy pozbawiony rodzinnego ciepła. Wręcz przeciwnie. Nie mogąc zrealizować się w roli biologicznej mamy, Bonnie Tyler z niespotykaną pasją przelała cały swój potężny instynkt macierzyński na rodzeństwo oraz ich potomstwo. Jej malownicze posiadłości w Walii oraz Portugalii nigdy nie świeciły pustkami ani nie tonęły w przygnębiającej ciszy.
Piosenkarka przez dekady spełniała się jako niezwykle oddana, dumna i opiekuńcza ciocia oraz wyjątkowa matka chrzestna. Liczne siostrzenice, bratankowie oraz chrześniacy stanowili pełnoprawną i niezwykle ważną część jej radosnego mikrokosmosu, znajdując w niej oparcie. Pokazała tym samym, że życiowe spełnienie można z powodzeniem zbudować na własnych, pięknych zasadach, otaczając się miłością najbliższych.