Mama pięcioraczków odpowiada na wstrząsające zarzuty. Chodzi o jej 3-letniego synka: "zamiera serce"
Burza wokół Dominiki Clarke, znanej z Horyńca mamy pięcioraczków, nie cichnie. W sieci pojawiły się zarzuty, że jej najmłodszy, 3-letni syn, miałby być rzekomo zaniedbywany. Sama zainteresowana stanowczo odpiera te sugestie, tłumacząc, że chłopiec po prostu ma swoje upodobania i „żyje po swojemu”, co – jak podkreśla – bywa błędnie interpretowane przez obserwatorów.
Pięcioraczki z Horyńca zmieniły życie Clarke
O Dominice Clarke zrobiła się głośno w Polsce w 2023 roku, kiedy urodziła pięcioraczki. Wraz z mężem Vincentem wychowuje dziś łącznie jedenaścioro dzieci, z czego najstarsze są już nastolatkami, a najmłodsza piątka w lutym skończyła trzy lata. Sprawa porodów wieloraczkowych szybko przeniosła rodzinę do medialnego obiegu, a nazwisko Clarke zaczęło regularnie pojawiać się w serwisach informacyjnych i na portalach społecznościowych.
Jakiś czas temu rodzina przeprowadziła się do Tajlandii, skąd Dominika prowadzi aktywne relacje w internecie. Profil „Rodzina Clarke” obserwuje około 135 tys. osób, a publikacje pojawiają się tam nawet kilka razy w ciągu godziny. Treści obejmują codzienne życie dzieci, podróże i bieżące wydarzenia z domu. Taki styl komunikacji od początku budzi dyskusje o granicach prywatności i tzw. sharentingu, czyli udostępniania wizerunku dzieci w sieci.
Największe emocje wzbudziła sytuacja z jedną z pięcioraczek, Arianną, która trafiła do szpitala. Wówczas na profilu pojawiło się ponad 100 zdjęć dokumentujących jej leczenie i powrót do zdrowia. Wpisy były szczegółowe, publikowane w krótkich odstępach czasu i szeroko komentowane przez internautów. Część odbiorców zwracała uwagę na intensywność relacji, inni na brak prywatności dzieci w tak wrażliwych momentach.

Clarke i 135 tys. obserwujących w sieci
Profil Rodziny Clarke w mediach społecznościowych działa bardzo intensywnie. W praktyce oznacza to publikacje pojawiające się nawet kilka razy na godzinę, często w formie zdjęć i krótkich opisów. Dominika Clarke pokazuje codzienność w Tajlandii, w tym szkołę dzieci, domowe obowiązki i wyjazdy. Taki model komunikacji sprawia, że profil funkcjonuje bardziej jak ciągły dziennik niż klasyczne konto rodzinne.
Wraz ze wzrostem popularności pojawiły się zarzuty dotyczące sharentingu. Internauci zwracają uwagę na dużą liczbę zdjęć dzieci i ich obecność w niemal każdym aspekcie życia online. Krytyka dotyczy przede wszystkim częstotliwości publikacji oraz szczegółowości relacji. W komentarzach regularnie pojawiają się pytania o zgodę dzieci na udostępnianie ich wizerunku, zwłaszcza w sytuacjach zdrowotnych czy prywatnych.
Mimo kontrowersji profil utrzymuje stałe zainteresowanie i aktywną społeczność. Około 135 tys. obserwujących reaguje na kolejne wpisy, komentując zarówno codzienne sytuacje, jak i bardziej medialne momenty z życia rodziny. Treści są mieszanką relacji, zdjęć i krótkich aktualizacji, które publikowane są w sposób ciągły przez cały dzień. Taki format sprawia, że odbiorcy mają stały dostęp do bieżących wydarzeń z życia Clarke.
Charles w centrum internetowej burzy
Ostatnia fala komentarzy dotyczyła najmłodszego syna, Charlesa. W sieci pojawiły się oskarżenia, że chłopiec jest „głodzony”, co szybko zostało zdementowane przez Dominikę Clarke. Kobieta odpowiedziała, że dziecko nie jest karmione w sposób ograniczający, a jedynie pije wodę zamiast mleka, którego – jak podkreśla – po prostu nie lubi. Zaznaczyła również, że ma prawo do własnych preferencji żywieniowych.
Czaruś ma też swoje zdanie - on mleka na noc po prostu NIE CHCE. Nie lubi i już. Woli wodę, tak samo jak dziewczynki, które piją ją zaraz po mleku, bo w tropikach przy klimatyzacji po prostu chce się pić. Szkoda, że niektórzy zamiast zapytać, wolą oskarżać, nie rozumiejąc, jak ciężką drogę przeszedł ten 3-latek i że ma prawo do własnych smaków - napisała Dominika Clarke.
Clarke przypomniała też, że Charles urodził się jako wcześniak i przez długi czas był karmiony sondą. W relacjach podkreśla, że pierwsze miesiące życia chłopca były związane z intensywną opieką medyczną oraz walką o jego rozwój. Jak opisuje, rodzina skupiała się w tym czasie na „każdym jego gramie”, co wymagało stałego nadzoru i leczenia. Po pojawieniu się krytycznych komentarzy Clarke zaczęła publikować odpowiedzi w sieci, w tym zrzuty ekranu wiadomości od internautów. W niektórych przypadkach ujawniała profile osób, które pisały najbardziej ostre opinie. Ten sposób reakcji wywołał kolejną dyskusję o granicach publicznej aktywności w mediach społecznościowych oraz o tym, jak daleko można iść w dokumentowaniu prywatnych sporów online.
Są komentarze, na które można odpowiedzieć śmiechem. Są takie, które można zignorować. Ale są też takie, które sprawiają, że na chwilę zamiera serce… - dała znać na Facebooku.