Nazwał Nawrockiego "Shrekiem". Teraz ostro się tłumaczy
Radny PSL Wojciech Ślusarczyk usłyszał zarzuty znieważenia prezydenta Karola Nawrockiego i jego żony Marty Nawrockiej po tym, jak w sieci opublikował grafikę z dopiskiem „A Shrek gdzie???”. Prokuratura uznała, że mogło to naruszyć godność pary prezydenckiej, a sprawa zagrożona jest karą do 3 lat więzienia. Radny postanowił się wytłumaczyć.
„A Shrek gdzie???”. Jedna grafika i polityczna burza, która nie cichnie
Cała sprawa zaczęła się od wpisu, który w sierpniu 2025 roku pojawił się na Facebooku radnego Wojciecha Ślusarczyka. Kilkanaście dni po zaprzysiężeniu prezydenta Karola Nawrockiego, polityk udostępnił przerobioną grafikę, która wcześniej krążyła w sieci wśród sympatyków prawicy. Przedstawiała ona Martę Nawrocką w bajkowej, stylizowanej roli księżniczki, z podpisem „Pierwsza dama Polski”.
Ślusarczyk dodał do niej krótki, ale bardzo komentowany dopisek: „A Shrek gdzie???”. Nawiązanie do kultowej animacji momentalnie wywołało falę reakcji w sieci, a sprawa zaczęła żyć własnym życiem. Dla jednych był to niewinny żart internetowy, dla innych – przekroczenie granicy dobrego smaku.
Już następnego dnia do Prokuratury Rejonowej w Radomsku wpłynęło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Złożył je przedsiębiorca związany ze środowiskiem politycznym PiS. Wskazywał on, że mogło dojść do znieważenia prezydenta RP i pierwszej damy.
W efekcie internetowy wpis zamienił się w poważne postępowanie karne, a sprawa zaczęła być analizowana nie tylko w kontekście politycznym, ale też prawnym. W tle pojawiło się pytanie, gdzie kończy się satyra, a zaczyna odpowiedzialność karna za słowa w sieci.

Prokuratura wkracza do gry. Biegły analizuje „Shreka”
We wrześniu prokuratura zdecydowała o wszczęciu śledztwa, a sprawa nabrała formalnego biegu. Kluczowym elementem postępowania było powołanie biegłego, który miał ocenić, czy użycie słowa „Shrek” w tym kontekście może być uznane za znieważenie prezydenta Karola Nawrockiego lub jego żony Marty Nawrockiej.
W czerwcu Wojciech Ślusarczyk usłyszał oficjalnie dwa zarzuty: pierwszy dotyczący publicznego znieważenia prezydenta RP, drugi odnoszący się do znieważenia osoby prywatnej – pierwszej damy. Radny został przesłuchany, jednak nie przyznał się do winy.
W rozmowach z mediami podkreślał, że cała sytuacja jest jego zdaniem nieporozumieniem i przesadną reakcją wymiaru sprawiedliwości. Wskazywał też, że jest osobą aktywną w mediach społecznościowych, co – jego zdaniem – mogło zwiększyć zainteresowanie jego wpisem.
Jeżeli rzeczywiście prokuratorzy w Polsce nie mają poważniejszych tematów, którymi powinni się zająć, to ja im gratuluję - powiedział Ślusarczyk.
Radnemu grozi kara nawet do trzech lat pozbawienia wolności, jeśli sąd uzna, że doszło do znieważenia. Sprawa stała się szeroko komentowana w lokalnych mediach, a także wśród internautów, którzy dzielą się na dwa obozy: jedni mówią o zbyt ostrej reakcji państwa, inni – o konieczności ochrony godności urzędu prezydenta.
Tłumaczenia w Kanale Zero i walka o interpretację intencji
Wojciech Ślusarczyk zdecydował się na publiczne wyjaśnienia w Kanale Zero, gdzie próbował doprecyzować swoje intencje. Jak podkreśla, jego wpis nie miał być żadnym odniesieniem do Karola Nawrockiego, lecz luźnym komentarzem do grafiki, którą zobaczył w sieci.
Moją intencją nie było porównywanie prezydenta do Shreka, tylko obok osoby, która mi przypominała Fionę, napisałem, że tylko jej brakuje Shreka. Nie w kontekście, że tam Nawrocki ma być. Tylko zupełnie wie pan, tak po prostu, jest akcja-reakcja, błyskawicznie, bez kontekstu. Teraz się ukazało, że uraziłem godność pierwszej osoby w państwie, porównując ją do Shreka. - powiedział Wojciech Ślusarczyk
Radny dodaje, że nie rozumie zarzutów, jakie zostały mu przedstawione i uważa, że sprawa ma również wymiar polityczny. Wskazuje, że już wcześniej mierzył się z procesami o zniesławienie i jest przyzwyczajony do sporów sądowych.
Padło pytanie, czy ja rozumiem zarzuty, powiedziałem zgodnie z prawdą, że nie. 19 czerwca zostały mi przekazane zarzuty, jako osoby podejrzanej. Jestem aktywny w mediach społecznościowych i może przez to jestem dla niektórych niewygodny. Miałem już kiedyś proces o zniesławienie pracowników wysokiego szczebla, które trwały 3 lata, więc jestem otrzaskany w tych kwestiach. Być może ktoś chciał mi usta zamknąć (...) Na pewno tak nie będzie - tłumaczył.
Cała sprawa, choć zaczęła się od internetowego żartu, dziś stała się głośnym przykładem tego, jak szybko memy i grafiki w sieci mogą przerodzić się w poważne postępowanie karne i debatę o granicach wolności słowa w Polsce.