Nie żyje legendarny muzyk. Polacy uwielbiali jego wyjątkowe koncerty
Świat muzyki znów wstrzymał oddech po smutnej wiadomości zza oceanu. Nie żyje jedna z ikon sceny lat 70., artysta, który przez dekady wyznaczał nowe kierunki i łamał muzyczne schematy. Informacja o jego śmierci poruszyła fanów na całym świecie, a branża żegna kolejną legendę, która współtworzyła złotą erę rocka.
Kto zmarł ostatnio?
Końcówka maja i początek czerwca 2026 roku przyniosły serię smutnych informacji ze świata filmu i telewizji, które szczególnie mocno odczuli miłośnicy kina gatunkowego oraz klasycznej telewizji.
22 maja w wieku 79 lat zmarł Michael Keating, brytyjski aktor kojarzony przede wszystkim z produkcjami science fiction. Największą popularność zdobył dzięki rolom w kultowych serialach „Blake’s 7” oraz „Doctor Who”, które zapewniły mu trwałe miejsce w historii brytyjskiej popkultury. Widzowie pamiętają go również z długoletnich występów w „EastEnders”, gdzie przez lata należał do rozpoznawalnych twarzy serialu.
Kilka dni później, 30 maja, pojawiła się informacja o śmierci Kelly Curtis, aktorki i starszej siostry Jamie Lee Curtis. Miała 69 lat. Jej dorobek obejmował role filmowe i telewizyjne, w tym udział w „Star Trek: Deep Space Nine”. Poza aktorstwem angażowała się także w produkcję i współpracę przy projektach artystycznych swojej rodziny.
1 czerwca, w wieku 80 lat, odeszła Marcia Lucas, ceniona montażystka i laureatka Oscara za pracę przy „Gwiezdnych wojnach”. W jej filmografii znajdują się również takie tytuły jak „Amerykańskie graffiti” czy „THX 1138”, a także współpraca z Martinem Scorsese, która miała istotny wpływ na kształt amerykańskiego kina lat 70.
Do tej serii doniesień dołączyła również informacja z Francji — 2 czerwca zmarł Pierre Deny, aktor znany z licznych seriali obyczajowych, przez dekady obecny w rodzimej telewizji i rozpoznawalny dla szerokiej publiczności.
Z kim Ulmerowi najlepiej się współpracowało?
James „Blood” Ulmer nie należał do muzyków, których da się łatwo przypisać do jednej szuflady. Gitarzysta, wokalista i kompozytor, urodzony jako Willie James Ulmer w 1940 roku w St. Matthews w Karolinie Południowej, przez całe życie trzymał się z dala od wygodnych definicji. Zmarł w wieku 86 lat, zostawiając po sobie katalog nagrań, który wciąż brzmi świeżo właśnie dlatego, że nie próbował nikomu się podobać. Jego styl był surowy, bezpośredni i wyraźnie rozpoznawalny od pierwszych taktów.
W jego grze słychać było blues, ale nie w szkolnej, poprawnej wersji. Był tam też free jazz, funk, rock i coś jeszcze, co trudno nazwać inaczej niż własnym językiem Ulmera. Nie budował muzyki na efektownych ozdobnikach, tylko na napięciu, rytmie i ostrej ekspresji. Dla jednych była to gitarowa dzikość, dla innych pełna kontrola nad chaosem. W obu przypadkach chodziło o artystę, który nie odpuszczał ani w brzmieniu, ani w podejściu do sceny.
Początek jego drogi nie zapowiadał późniejszej pozycji w muzyce improwizowanej. Dopiero przeprowadzka do Nowego Jorku w 1971 roku otworzyła mu dostęp do środowiska, które szukało nowych form wyrazu. Ulmer wszedł w ten świat bez ostentacji, ale bardzo wyraźnie. Szybko stał się muzykiem, którego trudno było pomylić z kimkolwiek innym, a jego nazwisko zaczęło funkcjonować jako znak jakości dla słuchaczy ceniących ryzyko, a nie wygodę.
Ważnym momentem w karierze Ulmera była współpraca z Ornettem Colemanem. To właśnie z nim jako pierwszy gitarzysta elektryczny pracował podczas nagrań i koncertów, co samo w sobie mówi sporo o zaufaniu i muzycznej odwadze. Coleman nie szukał wykonawców odtwarzających gotowe schematy.
Kiedy pracujesz z kimś bliskim, tak jak ja i Coleman, myśl nigdy nie dotyczy tego, co robicie dla siebie nawzajem. – mówił w wywiadzie dla „Furious”
Wcześniej współpracował także z Artem Blakeyem i Joe Hendersonem, ale to kontakt z Colemanem mocniej uporządkował jego własny styl. Ulmer nie kopiował nikogo, tylko zaczął jeszcze wyraźniej łączyć swobodę free jazzu z bluesowym ciężarem i rockową energią. Efekt był prosty do rozpoznania, choć trudny do zaszufladkowania: muzyka o ostrych krawędziach, ale bez przypadkowości.
Myśl dotyczy tego, co robisz dla tego, co próbujesz zrobić. Coleman zawsze pracował nad czymś konkretnym i starał się to osiągnąć na najwyższym możliwym poziomie. Więc kiedy już to zrobisz, nie masz czasu myśleć o tym, jak kogoś wkurzyć. Próbujesz dokończyć to dzieło - mówił
Sam Ulmer często dawał do zrozumienia, że ważniejsza od osobistych ambicji była dla niego sztuka jako taka. I w jego przypadku nie brzmiało to jak deklaracja do folderu promocyjnego, tylko jak konsekwencja całej kariery. Nie szedł drogą, która prowadzi do najłatwiejszej popularności. Wolał ruch w bok, napięcie, zderzenie stylów i ryzyko. Dzięki temu jego muzyka nie starzała się tak szybko jak wiele bardziej oczywistych nagrań z tego samego okresu.
Najbardziej pamiętne przeboje muzyka?
W dyskografii Jamesa „Blooda” Ulmera szczególnie mocno wybrzmiewają albumy „Are You Glad to Be in America?”, „Free Lancing” i „Black Rock”. Każdy z nich pokazuje inną stronę jego myślenia o gitarze i formie, ale wszystkie łączy jedna cecha: brak zgody na muzyczne kompromisy. Ulmer nie nagrywał po to, by wpisać się w obowiązujący trend. Nagrywał po to, by przesuwać własne granice.
Nie był gwiazdą masowej skali, choć wcale nie wyglądał na artystę, który chciał takim być. Znacznie ważniejsze okazało się coś innego: wpływ na kolejne pokolenia muzyków. Krytycy i słuchacze wracali do jego nagrań, bo były inne niż większość rzeczy z półki „jazz” czy „blues”. W jego muzyce było miejsce na napięcie, bunt i brzmieniową ostrość, ale bez chaosu dla samego chaosu. To właśnie dlatego jego nazwisko przetrwało dłużej niż wiele głośniejszych karier.
Do końca pozostawał aktywny. Grał z Odyssey Band, nagrywał kolejne płyty, koncertował na świecie i nie schodził z obranej drogi. W repertuarze stale pojawiały się utwory takie jak „Are You Glad to Be in America?” i „Jazz Is the Teacher”, dobrze znane fanom jego występów. W Polsce występował kilka razy podczas Rawa Blues w Katowicach, także w duecie z Irkiem Dudkiem. Zostawił po sobie dorobek, który nie potrzebuje dopowiedzeń: niezależność, własny język i muzykę, której nie da się pomylić z cudzą.
Warto także zauważyć, że James „Blood” Ulmer, legendarny amerykański gitarzysta i wokalista łączący jazz z bluesem, występował w katowickim Spodku jako gwiazda Rawa Blues Festival. Między innymi uświetnił swoim występem 39. edycję tego wydarzenia w październiku 2019 roku, prezentując projekt Memphis Blood na Dużej Scenie. Polacy chętnie przychodzili na wydarzenia z jego udziałem.