Chwalińska łamiącym się głosem wyznała: "To nie przez kontuzję". Przykre kulisy przegranej
Polscy kibice wciąż nie mogą otrząsnąć się po przykrych i dramatycznych okolicznościach, w jakich Maja Chwalińska pożegnała się z tegorocznym Wimbledonem. Nasza tenisistka kompletnie deklasowała na korcie kwalifikantkę z Tajlandii, Mananchayą Sawangkaew, prowadząc już 6:2, 5:2. Przy piłce meczowej doszło jednak do koszmarnego wypadku – Polka niefortunnie poślizgnęła się na trawie, podkręciła staw skokowy i zalała się łzami. Jak się jednak okazuje, tuż po opuszczeniu kortu zawodniczka zszokowała wszystkich na konferencji prasowej. Prawdziwa przyczyna jej bolesnej porażki leżała zupełnie gdzie indziej.
Zwrot akcji podczas przerw medycznych. Kostka to nie wszystko
Choć cały świat zamarł, widząc groźnie wyglądający upadek Polki i potężne problemy z jej poruszaniem się w dalszej części pojedynku, czujni obserwatorzy szybko dostrzegli coś nietypowego. Podczas kolejnych przerw medycznych wezwana na kort fizjoterapeutka w ogóle nie zajmowała się uszkodzonym stawem skokowym Mai. Zamiast tego intensywnie masowała mięśnie jej ud. Kulisy te osobiście potwierdziła łamiącym się głosem Chwalińska, wskazując na paraliżujący problem zdrowotny:
Skurcze, które tutaj mnie spotkały, nigdy mi się nie zdarzyły w takiej skali, bardzo mnie ograniczyły — wyznała tuż po meczu załamana sportsmenka.

Stres, zmęczenie i brak perfekcyjnego przygotowania do turnieju
Finalistka niedawnego wielkoszlemowego Roland Garros nie zamierzała szukać tanich usprawiedliwień i otwarcie opowiedziała o barierach, z jakimi musiała się zmierzyć jej psychika oraz ciało. Problemy z mięśniami zaczęły dawać o sobie znać jeszcze zanim doszło do nieszczęśliwego upadku na londyńskiej trawie:
Tak naprawdę już pod koniec drugiego seta zaczęły łapać mnie skurcze. Uważam, że to nie było czysto fizyczne, tylko złożyło się na to dużo rzeczy. Poza stresem i intensywnym czasem, także to, że nie odbyliśmy perfekcyjnego przygotowania do Wimbledonu — tłumaczyła ze szczerością Polka.
Zdaniem tenisistki na tak drastyczną reakcję organizmu złożyło się ogromne napięcie nerwowe, nagła zmiana nawierzchni z mączki na trawę oraz gigantyczny wysiłek, jaki włożyła w niezwykle intensywne, ostatnie tygodnie startów w Europie.
Jeden z najcięższych meczów w karierze. „Popłaczę sobie chwilę i będzie OK”
Dla młodej zawodniczki, która miała historyczny awans do drugiej rundy Wimbledonu dosłownie na wyciągnięcie ręki, ten wieczór był bezwzględną lekcją od losu. Mimo ogromnego rozczarowania i łez, które towarzyszyły jej w drodze do szatni, Maja stara się patrzeć w przyszłość z podniesioną głową, traktując ten bolesny moment jako cenne, choć niezwykle surowe doświadczenie na sportowej ścieżce:
Myślę, że to stres, zmiana nawierzchni oraz fakt, jak intensywnie wyglądały ostatnie tygodnie (...) Ale cóż... Nowe doświadczenie, jest to dla mnie jeden z najcięższych meczów w karierze. Popłaczę sobie chwilę i będzie OK — podsumowała z nadzieją Chwalińska.
